Czy miliarderzy nadal wierzą w ideę Giving Pledge?

Czy miliarderzy nadal wierzą w ideę Giving Pledge?

Komentarze

8 Minuty

Szesnaście lat temu dwóch najbogatszych ludzi świata wysunęło niezwykle prostą propozycję: jeśli zgromadzisz ogromny majątek, oddaj większość na cele dobroczynne.

W 2010 roku Warren Buffett i Bill Gates ogłosili inicjatywę Giving Pledge, zapraszając miliarderów z całego świata do publicznego zobowiązania, że przekażą co najmniej połowę swojego majątku na działalność filantropijną. W tamtym czasie brzmiało to rewolucyjnie. Fortuny w branży technologicznej rosły w zawrotnym tempie, nowi miliarderzy pojawiali się w każdej kolejnej kwartale, a w sektorze nadal żywe było przekonanie, że innowacja i idealizm mogą iść w parze.

Buffett sugerował, jak wielka może być skala tego przedsięwzięcia. Trudno było sobie wyobrazić, by tryliony dolarów mogły finalnie wesprzeć globalne cele społeczne, jeśli najbogatsze rodziny rzeczywiście dotrzymałyby słowa.

Ostatecznie tryliony rzeczywiście się pojawiły. Z hojnością bywało natomiast znacznie mniej konsekwentnie.

Obecnie nierówności majątkowe osiągnęły poziom, o którym ówcześni nie śnili. W Stanach Zjednoczonych, według danych Rezerwy Federalnej, 1% najbogatszych gospodarstw domowych kontroluje mniej więcej tyle samo majątku, co najbiedniejsze 90%. Globalnie, majątki miliarderów wzrosły od 2020 roku o ponad 80%, osiągając sumę ok. 18,3 biliona dolarów. Jednocześnie setki milionów ludzi wciąż walczy o zaspokojenie podstawowych potrzeb, jak stały dostęp do żywności.

Na tym tle wśród tej samej elity, która niegdyś promowała wielkoskalową filantropię, dokonuje się cichsza zmiana. Część najbogatszych zaczęła kwestionować sens Giving Pledge — a nawet zastanawiać się nad całkowitym zdystansowaniem od tej idei.

Liczby ilustrują tylko fragment zjawiska. W pierwszych pięciu latach podpisania dołączyły 113 rodziny. W kolejnych pięciu latach liczba ta spadła do 72, a następnie już tylko 43. W 2024 roku dołączyły zaledwie cztery nowe osoby.

Lista sygnatariuszy nadal przypomina przegląd najpotężniejszych postaci współczesnej technologii — znajdują się na niej Mark Zuckerberg i Priscilla Chan, Elon Musk oraz szef OpenAI Sam Altman. Jednak nawet wśród miliarderów inicjatywa straciła dawny rozmach. Współzałożyciel PayPala i inwestor venture capital Peter Thiel ocenił niedawno, że przedsięwzięcie po prostu „straciło energię”, sugerując, że już nie budzi takiego prestiżu jak dawniej.

Częściowo jest to odzwierciedlenie głębokiej zmiany kulturowej w Dolinie Krzemowej. Przez lata firmy technologiczne przedstawiały swoją misję w górnolotnych słowach: budowanie platform zmieniających świat, wzmacnianie społeczności, czy hasło „uczynić świat lepszym miejscem”. Sformułowanie to było tak nadużywane, że serial satyryczny HBO Silicon Valley bezlitośnie wyśmiał je, czyniąc z niego frazes bez znaczenia.

Żart ten trafił w sedno, bo zawierał ziarno prawdy. Wielu wczesnych technologów naprawdę wierzyło, że innowacje napędzają postęp społeczny. Z czasem jednak ton branży uległ zmianie — zdominowały go zyski i skalowanie biznesu, a idealizm zszedł na dalszy plan.

Rozłam filozoficzny w Dolinie Krzemowej

Wielu długoletnich obserwatorów zauważa, że w ostatniej dekadzie doszło do podziału filozoficznego. Z jednej strony mamy spuściznę takich postaci jak Steve Jobs, których pokolenie łączyło ideę kontrkultury z przedsiębiorczością. Z drugiej pojawiło się bardziej bezkompromisowe nastawienie libertariańskie — kojarzone m.in. z Peterem Thielem — stawiające wolny rynek, wolność jednostki i akumulację bogactwa ponad odpowiedzialność zbiorową.

Doświadczony inwestor technologiczny Roger McNamee określił to starcie jako walkę między „hipisowskim idealizmem” a „libertarianizmem w stylu Ayn Rand”. Według niego władzę przejęli ci, którzy ekonomiczny sukces traktują jako najważniejszy wkład społeczny.

Z takiej perspektywy filantropia nie jest moralnym obowiązkiem. Tworzenie firm, generowanie miejsc pracy i rozwijanie technologii uważa się już za formę oddawania społeczności. Wszystko ponad to może wydawać się wyłącznie pokazowe lub nawet wymuszone przez presję społeczną.

Thiel należy do najgłośniejszych krytyków Giving Pledge. Co znaczące — sam nigdy jej nie podpisał. Według doniesień, w prywatnych rozmowach zachęcał uczestników do przemyślenia własnych zobowiązań, twierdząc, że niektórzy dziś żałują publicznego związania swojego nazwiska z tą inicjatywą.

Jego argumentacja jest jednoznaczna: zamożni przedsiębiorcy sami powinni decydować, czy i jak dzielić się majątkiem, nie czując presji ze strony innych miliarderów lub oczekiwań społecznych. W co najmniej jednym przypadku, gdy szef Coinbase Brian Armstrong po cichu usunął swój list z deklaracją z oficjalnej strony inicjatywy w 2024, Thiel mu pogratulował.

Kolejny sporny zarzut Thiela dotyczy poczucia uwięzienia niektórych sygnatariuszy. Wycofanie się z publicznego zobowiązania — nawet dobrowolnego i bez skutków prawnych — może ściągnąć falę krytyki. Według Thiela właśnie ten reputacyjny koszt powstrzymuje niektórych miliarderów przed formalnym zerwaniem z Giving Pledge, mimo że już nie podzielają jej wartości.

To jednak stoi w sprzeczności z publicznym wizerunkiem kilku liderów technologicznych. Przykładowo Elon Musk nie wydaje się zabiegać o ochronę reputacji przed krytyką, a Mark Zuckerberg przez lata musiał mierzyć się z nieustanną kontrolą regulatorów i polityków. Żaden z nich nie wydaje się szczególnie ograniczony presją opinii publicznej.

W tym czasie, z dala od gabinetów miliarderów, coraz mocniej widoczne są codzienne trudności finansowe. Platforma crowdfundingowa GoFundMe odnotowała w minionym roku 17‑procentowy wzrost liczby kampanii pomagających w zaspokojeniu podstawowych potrzeb — czynszu, zakupie jedzenia, rachunkach czy paliwie. Słowa takie jak „jedzenie”, „dom”, „praca” i „opieka” powtarzały się często na stronach zbiórek.

Podczas niedawnego 43‑dniowego rządowego zamknięcia w USA, które zablokowało wypłaty pomocy żywnościowej, liczba kampanii powiązanych z tematem wzrosła sześciokrotnie. W wielu gospodarstwach domowych darowizny społeczności stały się ostatnim ratunkiem — tam, gdzie zawiodła państwowa pomoc.

To, czy wzrost oddolnych zbiórek ma bezpośredni związek z decyzjami miliarderów, pozostaje przedmiotem debaty. Jednak trudno przeoczyć to zbieżne tempo zjawisk.

Byłoby mylące twierdzić, że filantropia znika ze świata technologii. To, co się zmienia, to jej struktura. Najbogatsi nadal przekazują znaczne środki, lecz coraz częściej czynią to przez własne fundacje, kierując się indywidualnymi priorytetami zamiast zbiorowych zobowiązań.

Dobrym przykładem pozostaje Chan Zuckerberg Initiative. Na początku 2026 r. organizacja ogłosiła redukcję ok. 70 miejsc pracy, przesuwając uwagę z projektów edukacyjnych i społecznych na sieć nonprofitowych laboratoriów biomedycznych, znanych jako Biohubs. Nie był to odwrót od działalności dobroczynnej, a jedynie zmiana kierunku — na badania naukowe i projekty zaufane na długie lata.

Niektórzy pozostają wierni tradycyjnej filantropii. Bill Gates niedawno potwierdził plany rozdystrybuowania niemal całego majątku — ponad 200 miliardów dolarów — poprzez Fundację Gatesów w ciągu najbliższych dwóch dekad. Organizacja ma zostać zamknięta ostatecznie w 2045 r. Gates chętnie cytuje słynne słowa Andrew Carnegiego: kto umiera bogaty, umiera w niesławie.

Historia pokazuje, że sama filantropia rzadko rozwiązuje napięcia wywołane przez skrajne nagromadzenie bogactwa. Gdy ostatni raz majątki zgromadziły się na taką skalę — czyli w erze pozłacanej Gilded Age w końcu XIX wieku — siły równoważące wprowadziły polityki rządowe. Prawo antymonopolowe, podatki dochodowe, spadkowe oraz New Deal zrewolucjonizowały gospodarkę Stanów Zjednoczonych.

Reformy te wprowadzono dopiero po latach presji społecznej i niepokojów politycznych. Czy współczesne instytucje są zdolne do podobnej interwencji — to pytanie pozostaje otwarte.

Jedno wydaje się bezdyskusyjne: tempo budowania fortun obecnie nie ma precedensu. Wiele największych majątków powstało w ciągu jednego pokolenia, a nawet dekady. Zgodnie z najnowszym raportem Oxfam dotyczącym nierówności, przyrost majątku miliarderów tylko w 2025 r. wystarczyłby na wypłatę po ok. 1000 zł (250 dolarów) każdemu mieszkańcowi Ziemi, pozostawiając klasę miliarderów wciąż setki miliardów bogatszą.

Giving Pledge od początku nie był rozwiązaniem prawnym. Buffett określił go jako „zobowiązanie moralne” — bez egzekwowania, kar, czy formalnego nadzoru; chodziło o publiczną deklarację intencji.

Przez pewien czas ta idea miała prawdziwą siłę symboliczną. Dziś, kiedy część najważniejszych liderów technologicznych ponownie rozważa swoją obietnicę, Giving Pledge zaczyna stanowić coś zupełnie innego: jest oknem na ewolucję wartości w Dolinie Krzemowej.

Zostaw komentarz

Komentarze